wtorek, 20 października 2015

Rodział pierwszy, Sophie More

Nowy Jork, 10.08.2015r

-Wstawaj księżniczko!- ledwo podniosłam powieki do góry a już do moich uszu dotarł dźwięczny głos Willa. Leniwie przewróciłam się na drugi bok ignorując prośbę chłopaka. -Sophie słońce, ruszaj się.
Westchnęłam głęboko i powolutku otworzyłam oczy. Mimowolnie na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech gdy zobaczyłam Williama, leżącego obok mnie.
-Czeeeść - szepnęłam w tym samym czasie ziewając. - Czym zawdzięczam tą poranną wizytę w moim łóżku?- zapytałam zaciekawiona ale również bardzo rozbawiona tym faktem. Blondyn o nieziemsko błękitnych oczach wyszczerzył swoje bialutkie ząbki w szerokim uśmiechu i poruszył obojętnie ramionami. Boże za te gorące 170 centymetrów leżących obok mnie co druga dziewczyna dałaby się pokroić, ale ze mnie szczęściara, nie ma co. Wiliam Johnson jest moim jedynym a co za tym idzie najlepszym przyjacielem. Gdyby nie on, to nie byłabym w tym miejscu w którym teraz jestem, po prostu mówiąc w skrócie: byłabym NIKIM. Potrząsnęłam lekko głową w celu wyrzucenia obrazów sprzed dwóch lat. Blondyn spojrzał na mnie pytająco na co tym razem ja poruszyłam obojętnie ramionami w delikatnym uśmiechu.
-Jesteś gotowa na ciężki okres w swoim życiu?- zapytał, wbijając we mnie wzrok w oczekiwaniu na odpowiedź.
-Czemu zakładasz, że to będzie od razu ciężkie. Przecież to będzie łatwizna. - odparłam ze spokojem, leniwie wyciągając ręce do góry.
Will wstał i udał się do okna by odsłonić firanki. Po chwili promienie słoneczne wdarły się do pokoju, oświetlając całe pomieszczenie. Jęknęłam cicho gdy żar ciepła zaczął ogrzewać moją twarz. Zasłoniłam się poduszką biorąc głęboki wdech.
-Sophie słońce to nie będzie taką łatwizną jak ci się wydaje.
-A to czemu niby?- zapytałam mrugając nerwowo powiekami.
- Nie wszytko zawsze idzie zgodnie z planem, księżniczko poza tym boję się jak to na ciebie wpłynie. Boję się, że to cię zniszczy.- usiadł koło mnie na łóżku i chwycił moją dłoń. Rany, jak ja nienawidzę gdy traktuje mnie jakbym była małym, zranionym dzieckiem. Wiem, że chce dla mnie jak najlepiej, gdyby tak nie było nie zgodził by się na to wszytko ale ta jego troska.. potrafi wkurzyć.
-To przestań się tak o mnie martwić do cholery! - warknęłam i wyrwałam swoją dłoń. Will otworzył już usta by coś powiedzieć gdy mu chamsko w tym przeszkodziłam -Chyba muszę ci przypomnieć, że nie jesteś moim ojcem i nie musisz się tak ciągle o mnie panicznie bać!
-Sophie, posłuchaj...- szepnął  i lekko przysnął swoją twarz do mojej, na co lekko drgnęłam. Oj nie kochany, tak szybko się nie uspokoję.
- Nie to Ty posłuchaj Will.! To jest moje życie! Sama decyduję co chcę zrobić i co uważam za słuszne i nikt ani nic nie powinno mi stanąć na drodze...
-Tak i co dalej, co dalej zrobisz? Nie masz rodziny, nie masz nikogo oprócz mnie...- ostanie zdanie wymówił prawie niesłyszalnym szeptem. Poczułam jak do moich oczu cisną się pojedyncze łzy. On ma rację.
-Dam sobie radę- warknęłam na co blondyn odsunął się i wstał.. -Co nagle chcesz, żebym zrezygnowała? - zapytałam wściekła. Jak on tak może? Wie, że to wszytko jest dla mnie trudne. Nienawidzę siebie za to kim jestem, nie mogę sobie z tym do końca poradzić ale próbuję a kiedy pojawia się iskierka nadziei, że w końcu moje życie wróci do normy on chce to wszytko zniszczyć?
-Tylko żebyś nie żałowała More.
Nie będę żałować, obiecuję.
 -  Pragnę, żeby ten chłopak cierpiał tak jak nigdy w życiu nie cierpiał, chcę żeby stracił wszytko na czym mu zależy, żeby cały jego świat lgnął w gruzach. Tak jak to stało się z moim rozumiesz Will! Musi zapłacić za to co zrobił! -Krzyknęłam a po chwili z moich oczu zaczęły lecieć łzy. - Wspieraj mnie Will proszę cię, tylko na tobie mogę polegać- Po tych słowach kompletnie się rozkleiłam. Policzki mam całe mokre od łez i jedyne o czym marzę to wtulić się w ramiona Willa i z nich nie wychodzić.Chłopak widząc to, ponownie usiadł koło mnie i oplótł kurczowo rękoma. Nasze oddechy współgrały się w jedno i oprócz nich w pokoju panowała absolutna cisza..
 -Ojeju jak słodki widoczek, tak słodki, że aż mnie na wymioty bierze.-podniosłam gwałtownie głowę do góry i ujrzałam nikogo innego jak Rayan'a Lee opierającego się o framugę drzwi.
-Wal się Rayan- Will syknął przez zaciśnięte zęby po czym uwolnił mnie z uścisku. Otarłam policzki mokre od łez wierzchem dłoni i wbiłam wzrok w bruneta, który trwał w tej samej pozycji od zapewne już kilku minut.
-Nie mam z kim, chyba że się do was przyłącze co? Stworzymy cuudowny trójkąt- posłał nam lekko drwiący uśmiech i podniósł brwi do góry. Blondyn mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i głęboko westchnął.
-Czego chcesz?- podniosłam się z łóżka i podeszłam bliżej chłopaka, zakładając ręce na piersi. Booże jak ja go nienawidzę! Rayan posłał mi delikatny uśmieszek i przeczesał dłonią włosy, które opadły mu na czoło.
- Niczego, oprócz patrzenia na ten wasz piękny układ.- popatrzyłam na niego zdziwiona i odwróciłam się w stronę Willa który nawet na mnie nie spojrzał. Ponownie wbiłam wzrok w Rayn'a, który teraz przybrał tą samą postawę co ja i potrząsnął głową w szerokim uśmiechu. Kompletnie go nie rozumiem, o co mu do cholery chodzi. - No przecież widać, że blondasek na ciebie leci a ty udajesz jego wielką przyjaciółeczkę, żeby tylko ci pomagał. A biedny Will'uś leci za tobą jak piesek. - Lee klasnął zadowolony dłońmi a ja poczułam jak znowu się we mnie wszytko gotuje. Przysięgam, że gdyby nie Will, który przytrzymał mnie w odpowiednim momencie wydarłabym mu te jego przebrzydłe kłaki z tego jego zakutego łba. - Maleńka, nie denerwuj się tak, bo się jeszcze spocisz.- wybełkotał przez śmiech. Poczułam jak uścisk Johnson'a stawał się coraz bardziej mocniejszy, powoli zaczęło brakować mi tchu. Wdech i wydech, wdech i wydech, More uspokój się. - Wynoś się stąd Rayan!- Wydarłam się na ile było mnie stać i przymknęłam na moment powieki. Gdy je podniosłam, stał cały czas przede mną z tym głupkowatym wyrazem twarzy. -Dupek!
- Bywałem nazywany gorzej- odparł.- Słuchaj maleńka jestem tutaj z wami bo nie miałem wyboru, gdyby nie Javier nie byłoby mnie tu, więc załatwmy tą akcję najszybciej jak się da, każde z nas się rozejdzie w swoją stronę ale do tego czasu pozwólcie mi się napawać tym wspaniałym widoczkiem. Całuski!- udał, że całuje mnie w policzek i wyszedł zadowolony podśpiewując sobie coś pod nosem.
- Puść mnie Will- szepnęłam i gdy to zrobił podeszłam do drzwi, żeby je zamknąć. - Nienawidzę go.
- Wiem Sophie, tez za nim nie przepadam ale wiesz, że bez niego nie dalibyśmy sobie rady.
Przewróciłam oczami, ale wiem, że to prawda. Będzie ciężko wytrzymać jego towarzystwo, ale jestem pewna, że dam radę. Nie poddam się, nie teraz kiedy cel jest tak już blisko mnie.
- A To co mówił Rayan, z tym, że na ciebie lecę... nie słuchaj go. - Will spuścił wzrok i zauważyłam jak na jego nieskazitelnie blade policzki, wpełzł rumieniec. Uśmiechnęłam się sama do siebie i po chwili pokiwałam głową. Wiem, że on coś do mnie czuje ale wiem też, że ja na niego nie zasługuję. Nie w taki sposób jaki on by chciał. Will jest cudownym przyjacielem, na prawdę i niesamowicie jestem dumna z tego, że mam go przy sobie ale on jest wart kogoś lepszego.
Podeszłam do niego i przytuliłam, na co on odwzajemnił uścisk. Poczułam jak się uśmiecha więc szybko podniosłam głowę i spojrzałam na niego. Z jego oczu bije niesamowita czystość i radość, pomimo tego co przeżył, podziwiam go.
-Ogarnij się, pójdziemy gdzieś- blondyn uwolnił mnie z uścisku i powolnym krokiem udał się do wyjścia.Gdy byłam już w pokoju całkiem sama, popędziłam do łazienki.
Stojąc przed lustrem uświadomiłam sobie, że już nawet wyglądem nie przypominam Sophie More. Kiedyś ciemne, sięgające poza ramiona włosy, teraz- wypłowiałe, bez blasku, ledwo dotykające ramion. A o twarzy to już nie chcę nawet wspominać, każde spojrzenie na swoje odbicie jest dla mnie bolesne. Ukazuje mi moją porażkę i choć nie wiem jak bardzo, będę się starać już nigdy nie będę sobą, nigdy. Kiedy tylko sobie przypomnę błękit oczu Williama reprezentujący czystość od razu widzę swoje- zszarzałe, bez wyrazu bijące ciemnością. Dotknęłam delikatnie mojego bladego policzka, po czym z obrzydzeniem oderwałam dłoń. Brzydzę się sobą, brzydzę się tego kim jestem. Wzięłam głęboki wdech i przymknęłam powieki, próbując się uspokoić. Spokojnie Sophie, powrócisz, niedługo to wszytko ulegnie zmianie. Na samą myśl poczułam jak na moje usta ciśnie się uśmiech, po raz pierwszy od dłuższego czasu niewymuszony i szczery. Otworzyłam oczy i na prawdę uwierzyłam, że to wszytko będzie początkiem mojego starego-nowego życia.

-Wil! Wyłaź! Ja już gotowa! - Krzyknęłam radośnie pod drzwiami do jego pokoju. Pomimo nieprzyjemnego poranka, teraz na prawdę czuję się inaczej. Wszystkie złe emocje, które trzymałam w sobie jeszcze godzinę temu ustąpiły miejsce zadowoleniu i lekkiemu podekscytowaniu. 
Niecierpliwie tupałam nogą w oczekiwaniu za Williamem, gdy do moich uszu dotarł irytujący głos Rayan'a.
- O proszę, gołąbeczki na randkę idą?
Stanął naprzeciw mnie z tym samym drwiącym uśmieszkiem jak dziś rano. Westchnęłam głęboko i również posłałam mu najbardziej fałszywy uśmiech na jaki było mnie stać. Oj nie, nie dasz rady mnie wytrącić z równowagi. Nie tym razem Lee.
- A co chcesz się przyłączyć?- zapytałam opierając się o ścianę w przedpokoju. Brunet tylko beztrosko się roześmiał i kiwnął przecząco głową.
-Mam lepsze zajęcia maleńka, umówiłem się.- ostatnie dwa słowa wypowiedział pewnym tonem co chyba miało we mnie wzbudzić.. no nie wiem.. zazdrość?
- Kim jest ta biedaczka?
- A co cię to interesuje?
- Wiesz chciałabym wiedzieć, jak nazywa się kolejna ofiara mojego współlokatora. - odparłam ze spokojem, spoglądając na zegarek wiszący na ścianie. Kiedy ten Will, z stamtąd wyjdzie do licha.
- Sophie nie przesadzaj - podszedł do mnie bliżej a ja nawet się nie poruszyłam. Jak już mówiłam, nie tym razem Rayan. Stał tak blisko mnie, że z łatwością wyczuwałam jego  miętowy oddech na mojej twarzy.
- Masz rację Lee, zabijanie niewinnych dziewczyn to nic takiego, nieprawdaż?- zapytałam i odepchnęłam go od siebie. Brunet lekko się zachwiał i syknął coś niezrozumiałego pod nosem. 1:0 dla More!
- Po prostu korzystam z priorytetów jakimi obdarował mnie los. Polecam tobie i blondaskowi, przyda wam się trochę rozrywki.
- O co ci znowu chodzi Rayan?
Will stanął za nim i przyglądał mu się z uwagą. Włożył ręce w przednie kieszeni swoich czarnych, dopasowanych spodni w oczekiwaniu na odpowiedź.
-O nic, po prostu radzę twojej laluni, żeby w końcu przestała udawać, że jest człowiekiem.
Wiedział, że mnie to zaboli, chciał mnie sprowokować. Toczę walkę z każdą cząsteczką w moim ciele, która aż rwie się do tego by mu porządnie przyłożyć. Normalnie albo teraz zalałabym się łzami lub zaczęła naparzać w tą jego ( jak sądzi) piękną buźkę. Ale nie teraz, nie dzisiaj. Oaza spokoju Sophie pamiętaj. Mrugnęłam kilka razy i uśmiechnęłam się. Rayan nieco zdekoncentrowany, odwrócił się w stronę Willa który stał niewzruszenie nadal wpatrując się w jego osobę. 
-Skończyłeś?- zapytałam z niesamowitym spokojem w głosie, co samą mnie zdziwiło i podeszłam do blondyna łapiąc go za rękę w celu wyjścia. Kiedy odchodziliśmy Lee coś mamrotał pod nosem ale tak szczerze nawet nie zwróciłam uwagi co.
- Jestem pod wrażeniem, More- Jonson popatrzył na mnie pełnym podziwu spojrzeniem na co posłałam mu szeroki uśmiech.
- Uwierz mi, że ja też.- zaśmiałam się lekko i poprawiłam kilka kosmyków, które zaczęły kurczowo oplatać moją twarz.
-  Lubię cię taką
- Jaką?- zapytałam i przystanęłam na moment.
- Taką radosną, uśmiechniętą
- Już niedługo zawsze taka będę- odparłam i ruszyłam dalej. Mam nadzieję, że wszytko pójdzie zgodnie z planem i to wszytko się spełni. 


- William, mogę cię o coś zapytać?- mruknęłam, zwracając się do mojego przyjaciela, Niebieskooki spojrzał na mnie zaciekawiony i kiwnięciem głowy przyzwolił abym dalej mówiła. -Nie żałujesz, że nie spróbowałeś tego wszystkiego cofnąć?
Will nerwowo zamrugał powiekami i zapiął swoją szarą bluzę po czym odwrócił lekko głowę w moją stronę. Wiatr delikatnie rozwiewał jego i tak zmierzwione już do granic możliwości włosy a słońce delikatnie rozświetlało jego twarz. Kiedy czekałam na odpowiedź napawałam się przepięknym widokiem przede mną. Panorama Nowego Jorku rozciągała się przed moimi oczyma. Wielkie budynki widziane z chodnika teraz były prawie na wyciągniecie mojej ręki. Ludzie widziani z dachu są tacy malutcy, tacy szarzy, kompletnie bez wyrazu. Dokładnie tak jak ja.. Tylko ci ludzie, mają rodziny, mają do kogo wrócić.. ja mam tylko Willa. Oni są mali tylko przez chwilę, ja mogę być taka już do końca, jeśli się poddam. 
-Próbowałem Sophie- Cichy głos chłopaka wyrwał mnie z zamyśleń i otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia.
-Co?
- Próbowałem, chciałem tego dokładnie tak samo jak ty teraz. Ale nie dałem rady, poddałem się na samym końcu walki o to wszytko. Dlatego boję się o ciebie. Boję się, że ty też nie dasz rady, że wymiękniesz a potem to cię zniszczy. - Milczę, nic nie mówię. Nie mogę w to uwierzyć. -A wiedz że, będzie cię to niszczyć kawałek po kawałku, dzień po dniu aż albo ze sobą skończysz albo pogodzisz się z tym czym jesteś. A nie chcę cię stracić Soph. 
Zauważyłam jak pojedyncza łza spłynęła po jego policzku. Głos uwiązł mi w gardle, nie wiem co powiedzieć, łapię go za rękę i biorę głęboki wdech. 
-Nie poddam się Will, na pewno tego nie zrobię. 
-Też tak mówiłem, byłem zdeterminowany do działania tak samo jak ty i zobacz jak wyszło. 
-Żałujesz?
-Nie, bo po czasie zrozumiałem, że nie mogę walczyć z tym czym jestem, trzeba to zaakceptować-Posłał mi pokrzepiający uśmiech, choć widziałam, że go to boli. -Oddałbym wszytko, abyś nie musiała przeżywać tego wszystkiego co ja przez ostatnie 10 lat.
Nie mogę już go męczyć, choć mam do niego jeszcze tyle pytań nie chcę, żeby o tym opowiadał. Przybliżyłam się do niego, lekko wtulając w jego ramiona. Słońce zaczęło schodzić z horyzontu a letni, ciepły wiatr przemienił się w chłodny i nieprzyjemny. Kiedy oparłam głowę o tors Will'a czekałam na odgłos bicia jego serca, niestety na marne. Cisza, cholerna cisza przypominająca po raz kolejny, że nie jesteśmy ludźmi. Rayan miał pieprzoną rację, muszę w końcu przestać udawać, że jestem człowiekiem. 
-Chodźmy z stąd.-oznajmiłam po czym szybkim ruchem wstałam i podałam dłoń niebieskookiemu. Popatrzył na mnie z zapytaniem w oczach na co tylko delikatnie się uśmiechnęłam i pociągnęłam go w stronę drzwi. Kiedy już byliśmy na dole nie znałam dokładnego celu gdzie pójdziemy ale byłam pewna, że nie chcę już się zamartwiać tym wszystkim. Pragnę się odprężyć, zrelaksować i zaszaleć. Tak, ja Sophie More chce w końcu zaszaleć.
-Możesz mi powiedzieć gdzie idziemy?
-Do baru, Johnson, do baru- stwierdziłam i zaczęłam iść przed siebie. Mrok powoli spowijał ruchliwe ulice Nowego Jorku a ja z uśmiechem na twarzy mijałam oświetlone budynki.
- Zaskakujesz mnie dziś coraz bardziej!
-Ja siebie także.


-Chcesz kolejnego drinka?- zaproponował William, kiedy z wilczym apetytem wykańczałam whiskey z colą. Pokiwałam twierdząco głową i delikatnie się uśmiechnęłam. Nie wiem dokładnie ile wypiłam, ale najwidoczniej za mało bo nadal jestem trzeźwa a raczej tak mi się zdaje. Wstałam od stolika i momentalnie zakręciło mi się w głowie,. Dobra chyba jednak przeceniłam swoje siły i tak jak szybko wstałam, tak szybko ponownie usiadłam na krześle. Kiedy Will wrócił z kolejną porcją alkoholu dla naszej dwójki, miał dziwny błysk w oku.
-Co ty taki rozpromieniony?- zapytałam pociągając łyk trunku.
-Ja? Nie, wydaje ci się- wykręca się. Boże wiem! Poznał kogoś, na pewno.
-Will, mów jak ma na imię ta szczęściara- stwierdzam sucho i przewiercam go wzrokiem. Chłopak spuszcza na moment wzrok a na jego policzki znów wpełza rumieniec zupełnie jak dzisiaj rano. Boże jaki on jest niewinny i skryty, nie mogę uwierzyć, że pomimo tego czym jest, jest taki prawdziwy i dobry. -Mów, mnie nie oszukasz.
-Nie wiem, nie gadałem z nią jeszcze. Stoi przy barze ale nie odwracaj się. -No jasne Sophie nie odwracaj się! To oczywiste, ze jak ktoś zakazuje ci coś robić to, to zrobisz. -Mówiłem, żebyś się nie odwracała!- warknął na co machnęłam ramionami w przepraszającym geście. 
-Ładna, na prawdę ładna. - Stwierdzam to po kilku sekundowych oględzinach. Szczupła, wysoka, dobrze ubrana brunetka.- Pasowalibyście do siebie. -Will pokręcił przecząco głową na co lekko prychnęłam.- No idź do niej!
-Nie Sophie- oznajmił krótko. Dobrze William skoro nie chcesz wziąć tego w swoje ręce ja to zrobię. Wstałam i szybkim krokiem podążyłam w stronę baru nie zwracając uwagi na błagalne krzyki przyjaciela. Kiedy byłam już prawie u celu, moje nogi odmówiły posłuszeństwa i poleciłam prosto przed siebie lodując w ramionach jakiegoś faceta. Do moich nozdrzy dotarł zapach męskich perfum połączonych z dymem nikotynowym. Nie wiem czemu ale spodobała mi się ta woń, zatopiłam na moment nos w jego torsie i momentalnie poczułam jak przez całe moje ciało przebiega niewytłumaczalny dreszcz a oddech więźnie mi w gardle. Podnoszę głowę do góry i nie mogę uwierzyć, to nie może być prawda.
-No cześć, jestem Lucas..
Boże...

W końcu udało mi się coś napisać, nie jestem z tego wielce dumna ale może przypadnie Wam do gustu.:)