wtorek, 3 listopada 2015

Rozdział drugi, Lucas Black

Glen Ridge, 10.08.2015r

Biegnę, brak mi tchu. Gałęzie szarpią moje ciało i pogłębiają za każdym razem zdobyte już rany. Z moich oczu płyną łzy, w duchu modlę się o przeżycie. Nie chcę umierać, nie teraz. Uciekam przed czymś coś jest nieuniknione, przed śmiercią. Przystaję i próbuję wziąć głęboki wdech, lecz nie potrafię. Nie mogę oddychać, duszę się, czy to już ten moment? Mrok spowija każdą cząsteczkę mego ciała, upadam. Leżę bezwładnie na ziemi a dreszcze obezwładniają cały mój organizm. 
-Lucas...- cichy, kobiecy szept obija się o moje uszy. Jej głos jest tak delikatny i subtelny, że przez moment zapominam o bólu. Pragnę tylko jej słuchać, nie muszę jej widzieć, chcę żeby była blisko.-to twój koniec...- stwierdza i czuję jak klęka obok mnie. Nie widzę jej twarzy, ciemność mi na to nie pozwala. Gładzi mój polik dłonią a ja zaczynam drżeć.-Dam ci ulgę...
Po tych słowach, w moich oczach pojawiają się łzy. Ciemność przemienia się w blask i w końcu ją widzę. Jej delikatną posturę, ciemne do ramion włosy i twarz anioła. Anioła, który zaraz mnie zabije...
- Żegnaj Lucasie Black...- kiedy to mówi, delikatnie muska moje usta swoimi i znika. Czuję jej dotyk, chociaż jej nie widzę, wyczuwam jej obecność. Głos więźnie mi w gardle, pragnę krzyczeć, błagać o pomoc. Dziewczyna o twarzy anioła zniknęła. To koniec. 

Zerwałem się, próbując złapać oddech. Rozglądam się dookoła, lecz nie zauważam nic niepokojącego. Opadłem ponownie na łóżko i przymknąłem powieki. Głowa mi pęka a sen zaczął się zacierać w mojej pamięci. Byłem bezpieczny a co najważniejsze żyłem. Otworzyłem szeroko oczy i zacząłem wgapiać się w szary, otynkowany sufit. Coś ze mną jest nie tak. To wszytko jest przecież niedorzeczne. Koszmar, który mam nadzieje, że niedługo odejdzie. Choć pewien głos w mojej głowie mówi, że muszę pamiętać.
 Ta dziewczyna o pięknym, subtelnym głosie... o niej nie dam rady zapomnieć. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale pragnę jej choć zawsze po przebudzeniu nie pamiętam jej twarzy. To chore, przecież nie mogłem się zakochać w kimś, kto jest wytworem mojej wyobraźni i nawet nie mam pojęcia jak wygląda. Potrząsam lekko głową i przeczesuje mokre od potu włosy. Spojrzałem w stronę otwartego okna, przez które zaczęły wpadać lekkie promienie słoneczne i przymknąłem ponownie oczy zanurzając się w pościeli.
-Wynoś się z stąd!- kiedy już prawie usypiałem usłyszałem krzyk mojego brata. Westchnąłem cicho i szybko zerwałem z siebie kołdrę. -Wypad szmato! - głosy dobiegające z korytarza coraz bardziej się nasilały. Nie mogąc tego wytrzymać założyłem na siebie dresy i wybiegłem na zewnątrz. Moim oczom ukazała się zapłakana i cała roztrzęsiona Melanie. Rozglądając się na boki, czy nie ma gdzieś mojego brata w pobliżu, wyciągnąłem do niej rękę, którą odtrąciła nawet na mnie nie patrząc. Podziwiam tą dziewczynę, że pomimo tego jak Dave ją traktuje ona nadal z nim jest.
-Melanie, to ja Lucas, chodź...- ponowiłem gest na co brunetka podniosła lekko twarz do góry spoglądając na mnie swoimi pięknymi, brązowymi ale zapłakanymi oczami. Jej policzki zawsze lekko zarumienione teraz były aż sine z dodatkiem smug rozmazanego tuszu a jej zawsze idealnie ułożone brązowe włosy, teraz sterczały w każdą możliwą stronę. 
Patrzyła na mnie tak błagalnym wzrokiem, że poczułem jak do moich oczu same cisną się łzy. Kochałem tą dziewczynę jak siostrę. Pomimo swoich problemów, zawsze starła się być blisko mnie i Deave'a. Już od samego momentu przeprowadzki tutaj, była jedyną nam życzliwą osobą, a mój głupi brat nie potrafi tego docenić.
Wysunęła w moim kierunku swoją drżącą dłoń i bez chwili zawahania pomogłem jej wstać. Objąłem ją delikatnie i wprowadziłem do mojego pokoju, szczelnie zamykając drzwi. Usiadła niepewnie na łóżku i jeszcze bardziej się rozpłakała. Dosiadłem się do niej, lekko przyciągając do siebie. Oparła głowę na mojej klatce piersiowej i cicho załkała.
-Ja go kocham Lucas ale już tego dłużej nie wytrzymam- mówiła przez łzy a ja milczałem. Czułem jej delikatny oddech na mojej gołej skórze i nie mogłem wytrzymać jej cierpienia. Dave nigdy nie potrafił doceniać ludzi, nikt nie był dla niego ważny dopóki jak mi się wydawało, nie poznał Melanie. Ale najwidoczniej nawet ona już mu się znudziła.
-O co znowu się pokłóciliście?- zapytałem niepewnie, łudząc się, że mi powie.
-Znalazłam u niego kokainę.- szepnęła i bardziej objęła mnie swoimi zimnymi dłońmi. Zamarłem, nie wiedząc co powiedzieć. Jak to kokainę? Mój brat ćpa? To niemożliwe. Jasne, był ostatnio porywczy ale.. nie, nie mogę w to uwierzyć. -Kiedy zobaczył, że ją wysypałam wpadł w szał. Mówił, że mnie nienawidzi, że chce abym znikła z jego życia, że do niczego nie jestem mu potrzebna.- ledwo wymówiła każde słowo, przez łzy, którymi się dławiła. Przytuliłem ją najmocniej jak potrafiłem i delikatnie pocałowałem w czubek głowy.
-Melanie, może tak będzie lepiej jak znikniesz na razie z jego życia- stwierdziłem na co brunetka spojrzała na mnie z wyrzutem.-Ja to jakoś ogarnę, pomogę mu z tego wyjść
-Nie mogę teraz odejść Luca, rozumiesz?
-Co tu do cholery jeszcze robisz?!-Dave wpadł do mojego pokoju niczym strzała, tarasując wszystko co mu stanęło na drodze. Dziewczyna skuliła się w moich objęciach, zaciskając palce na moim nadgarstku. Poczułem jak jej serce zaczęło mocniej bić a oddech przyśpieszył. -O i jeszcze obściskujesz się z moim braciszkiem, wynocha z tego domu!- Warknął i spojrzał na nas z obrzydzeniem.-Dziwka!
-Zostaw ją w spokoju, ona ci nic nie zrobiła.!- krzyknąłem w tym samym czasie tuląc do siebie brunetkę. Nie pozwolę by ją obrażał i nie w taki sposób. Traktuję ją jak członka rodziny i zrobiłbym dla niej wszytko, żeby w końcu była szczęśliwa.
-O wielki obrońca się znalazł! Oboje jesteście siebie warci!- Stał naprzeciw nas, ciężko oddychając. Pięści miał zaciśnięte, jakby szykował się do ataku. Zamrugałem nerwowo nie mogąc uwierzyć w to co widzę.
-Uspokój się Dave- stwierdziłem szybko ale zdecydowanym tonem, nie spuszczając wzroku z jego osoby. Trwał bez ruchu i wpatrywał się to we mnie, to w Melanie, która się jeszcze bardziej skuliła i prawie schowała za moimi plecami. -Jak byś mógł wyjść..- poprosiłem na co mój brat prychnął pogardliwie w moim kierunku i zaśmiał się gorzko. 
-Ależ oczywiście, nie będę wam przeszkadzał, jakbym mógł. 
Wyszedł, trzaskając drzwiami w gniewie. Dziewczyna, gdy zorientowała się, że nie ma już go z nami, uwolniła mnie z uścisku i odsunęła delikatnie, biorąc głęboki wdech. Nadal nie może to wszytko do mnie dotrzeć, nie chcę dopuścić myśli, że mój brat bierze. Jestem już tym wszystkim zmęczony, najpierw te pieprzone sny, teraz on i ta cała sprawa z Melanie. Odpadam, naprawdę odpadam. Przetarłem oczy wewnętrzną częścią dłoni i wstałem. 
-Lucas, musimy mu pomóc.
Kiwnąłem twierdząco głową, choć wiedziałem, że nie będzie to łatwe. Nie wiemy dokładnie kiedy się w to wszytko wciągnął, czy jest na początku czy trwa to już od dłuższego czasu. Nie wiemy nic, ale jestem też świadom, że nie mogę go do niczego zmusić. On sam musi dążyć do zmiany, ja go mogę tylko wspierać. To mój brat, ten sam, który zawsze mnie bronił przed szkolnymi wyrostkami i wspierał, kiedy zabrakło rodziców. Pomimo jego wad, to Dave, mój Dave. Nie mogę go zostawić, nie teraz kiedy mnie najbardziej potrzebuje.
-Spróbuj się uspokoić i wyjdziemy gdzieś - posłałem jej delikatny uśmiech i odetchnąłem z ulgą, gdy jej płacz z sekundy na sekundę stawał się coraz cichszy. Popatrzyła na mnie pytającym wzorkiem ale nic nie mówiąc, pomogłem jej wstać i popchnąłem delikatnie w stronę łazienki, znajdującej się w moim pokoju. 
Zmieniłem szybko za luźne dresy zwisające z moich bioder na ciemne dżinsy i w popłochu zacząłem wertować wzrokiem stertę ubrań leżących na podłodze koło starej hebanowej szafy. Wyciągnąłem zwykły granatowy podkoszulek i szybko założyłem go na siebie. Rozejrzałem się dookoła i stwierdziłem, że ten pokój potrzebuje jakiegokolwiek odświeżenia. Od czasu przeprowadzki nic tutaj nie zmieniałem. Wszytko zostało tak jak było po ostatnich mieszkańcach tego domu. Meble, kolor ścian, starodawne obrazy w potężnych złotych ramach wiszące na ścianie koło okna, wszytko było zupełnie nienaruszone. Po samym przyjeździe nie miałem nawet ochoty zaprzątać sobie tym głowy, szczerze powiedziawszy miałem większe problemy niż dobieranie pasujących do siebie odcieni. Wzdrygnąłem się na samą myśl, stanu jaki przeżywałem przez ostatnie pół roku. Gdybym mógł wymazałbym wszystkie wspomnienia związane z tym feralnym dniem. 
-Idziemy?- cichy ale stabilny już głos mojej przyjaciółki pozwolił mi wrócić do rzeczywistości. Spojrzałem na nią i nie mogłem oderwać od niej oczu. Zadziwia mnie to, że dziewczyny potrafią się tak zmienić w zaledwie kilkadziesiąt sekund. Pomimo, że stała naprzeciw mnie bez grama makijażu potrafiła zachwycić. Niczym nie przypomina, wraka człowieka, którym była jeszcze zaledwie z 10 minut temu. 
-Jasne, tylko jeszcze znajdę swoje buty, które powinny być...
-Tutaj?- zaśmiała się wskazując na czarne trampki leżące koło łóżka. Pomimo śmiechu, jej oczy były nadal smutne ale próbowała grać, że wszytko jest w porządku choć widziałem jak bardzo cierpi.
-Tak, właśnie- podszedłem i szybko ubrałem obuwie na moje stopy i gotowy do wyjścia nacisnąłem na klamkę. -Panie przodem.- stwierdziłem i machnąłem teatralnie dłonią, na co Melanie posłała mi nieśmiały uśmiech i wyszła. 
Kiedy byliśmy już na dole, nie zauważyłem żadnego śladu po Dave'ie. Wyszedł, choć to może dobrze? Nie chciałbym się teraz na niego natknąć, porozmawiam z nim gdy wrócę do domu. Wtedy obojgu opadną emocje. 
-To dokąd zmierzamy co? 
-Co powiesz na Nowy Jork?- zapytałem zamykając frontowe drzwi na klucz.- Wiesz dobrze, że nie ma tutaj za dużo atrakcji a moglibyśmy się oboje rozerwać.-zaproponowałem jednoczenie rozglądając po pustej ulicy Glen Ridge. Taka prawda, że mieszkam w jednym najbardziej z nudnych miast, w jakimkolwiek miałem okazję być. To nawet Detroit nie było aż tak przytłaczające jak to. Typowe, małe, spokojne miasteczko. Żadnych rewelacji, nic. 
-Lucas... nie mam ochoty na imprezowanie. -Stwierdziła sucho Melanie patrząc na swoje dłonie. 
-Ale nikt nie mówi tutaj o imprezie, Mel. Oderwijmy się od tego wszystkiego, a to przecież tylko zaledwie godzina drogi. Tutaj nawet nie ma gdzie pójść bez ryzyka, że nie wpadniemy na Dave'a, wiesz o tym prawda?- już chciałem użyć kolejnych argumentów w celu przekonania, żeby zmieniła zdanie ale nie musiałem. Kiwnęła głową i ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Ucieszyłem się w duchu i podążyłem za jej krokami. Obojętnie byle gdzie, ważne że z dala od tej zielonej dziury i tego wszystkiego.

Patrzyłem prosto przed siebie siedząc już w busie. Cieszę się, że Melanie nie zaproponowała podróży samochodem, nie wiem czy dałbym radę, tak długo jechać, dla mnie nawet 10 minut spędzonych za kółkiem to koszmar a co dopiero godzina. Nie przywykłem do prowadzenia, za każdym razem gdy wsiadam za kierownicę czuję niepokój. Boję się, że kolejna podróż może skończyć się dokładnie jak tamta a jak Boga kocham, wiem, że podobnej takiej sytuacji bym już nie przeżył. Muszę w końcu się otrząsnąć z tego cholernego amoku i żyć własnym życiem. Przez moment, przez moją głowę przeszła myśl, ze może ta dziewczyna ze snu to ta z wypadku.? Nie, Lucas przecież to absurd. Naprawdę muszę przestać o tym myśleć, bo prędzej czy później zeświruje. Tak bardzo chciałbym komuś powiedzieć o tym co zdarzyło się w tym lesie, ale wiem, że im mniej osób wie, tym lepiej. Jasne, mógłbym powierzyć tą tajemnicę Melanie ale nie chcę jej tym wszystkim obarczać. Nie teraz kiedy jej problemy jeszcze bardziej się spotęgowały. Przez całą drogę moja towarzyszka milczała, patrząc na niknące obrazy za oknem. 
-No i jesteśmy!- wykrzyknąłem z pewną ulgą i szybko wyskoczyłem na zewnątrz. Brunetka zrobiła to samo po czym wbiła we mnie swój wzrok na co przymrużyłem oczy. Wzięła głęboki wdech, zbierając swoje włosy w wysoki kucyk. 
-Więc gdzie teraz mój przewodniku?
-To kobiety zawsze mają ostatni głos, więc bez względu co powiem i tak to zanegujesz.- stwierdziłem a kąciki moich ust drgnęły ku górze. 
-Nie prawda! Ale proponuję abyśmy poszli na żywioł i tam gdzie nas poniesie, pójdziemy co?- zapytała ja parsknąłem śmiechem.
-Mówiłem, że nie będę miał nic do gadania?- Brunetka spiorunowała mnie wzrokiem i lekko prychnęła, co jeszcze bardziej mnie rozbawiło. Ale spodobał mi się ten pomysł. Ruszyła zdecydowanym krokiem przed siebie a ja za nią, mijając przystanek, na którym wysiedliśmy.
-Wiesz jak to strasznie boli?- Melanie zapytała gdy już miałem nadzieje, że nie będziemy wracać do sytuacji z rana. Ale nie dziwię się jej, została odtrącana przez kogoś, kogo naprawdę kocha. Mimo wszytko próbuje być silną i twardą. Poruszyłem przecząco głową na co ponownie zabrała głos. -Nie wiesz jak to jest Lucas, jak dla nikogo nic nie znaczysz..
-Dla mnie znaczysz- wtrąciłem krótko, próbując dorównać jej szybkiemu krokowi.
-Tak wiem, ale wygląda, że tylko dla ciebie. - mówiąc to posmutniała i przystanęła. Zrobiłem to samo nie zwracając uwagi na mijających nas ludzi. 
-Hej- dotknąłem delikatnie jej podróbka zmuszając, żeby na mnie spojrzała- byłem, jestem i zawsze będę blisko ciebie. Nie pozwolę byś cierpiała. 
-Nie mów, że będziesz na zawsze. Dave też miał być na "zawsze". - stwierdziła sucho a z jej oczu popłynęła pojedyncza łza, którą szybko starła wierzchem dłoni. -Tracę wszystkich po kolei, najpierw moja własna matka się mnie wyrzekła, ojciec w transie alkoholowym, pewnie nawet nie wie, że ma córkę, a chłopak, dla którego tyle poświęciłam odstawił mnie w kąt.
Oparła się zrezygnowana o siatkę od ogrodzenia na jakimś parkingu i kucając schowała twarz w swoich dłoniach. Przysiadłem po jej prawej stronie i przełknąłem głośno ślinę w zastanowieniu co mogę jej na to odpowiedzieć. Przez ostatni czas byłem przekonany, że to moje życie jest do dupy, nawet nie zwracałem uwagi na innych. Potrafiłem użalać się tylko nad sobą  i nawet nie próbowałem poznać w jakiej sytuacji jest brunetka. Nie miałem pojęcia, że jej ojciec pije. Byłem pewny, że brak matki to tylko jedyny ciężar w jej rodzinie. Choć cały czas ją zapewniałem, że zawsze może na mnie liczyć tak naprawdę nie wspierałem jej do końca. Ona za to bez względu na sytuację, jaką w danej chwili przeżywała potrafiła być blisko mnie i Dave'a. Jestem zapatrzonym w siebie pieprzonym dupkiem.
Kiedy na nią spojrzałem, wyciągała akurat paczkę papierosów.  Przysunęła kartonik w moją stronę w geście poczęstunku z czego skorzystałem. Odpaliłem papierosa i poczułem dym drażniący moją krtań. Zakaszlałem cicho, co musiało chyba rozśmieszyć dziewczynę bo wygięła usta w grymasie podobnym do uśmiechu. 
-Nie mów, że pierwszy raz zapaliłeś papierosa?
-Pierwszy raz nie, ale super wprawiony w to całe palenie nie jestem. - odpowiedziałem, zaciągając się po raz kolejny. Dym nie przeszkadzał mi już tak bardzo jak na początku, mogę nawet stwierdzić, że przyzwyczaiłem się już do tego.
-Melanie, przepraszam..- szepnąłem po minucie ciszy pomiędzy nami, na co brunetka spojrzała na mnie pytająco.-Przepraszam cię za to, że nigdy tak naprawdę ci w niczym nie pomogłem.
-Ależ pomogłeś. Za każdym razem- przerwała by dogasić papierosa o beton- byłeś kiedy cię potrzebowałam. 
-Nie wiedziałem nic o twoim ojcu- wyrzuciłem wypalonego już peta przed siebie i usiadłem na chodniku, bardziej zagłębiając swoje plecy w siatkę, o którą się opierałem.
-Bo nigdy ci o tym nie mówiłam, nie było takiej potrzeby Lucas, co nie znaczy, że ci nie ufałam. Po prostu nie chciałam was obarczać tym wszystkim. Wiedziałam, że ciężko znosicie do tej pory tą przeprowadzkę i po prostu nie chciałam dokładać wam zamartwień. Dziękuję ci, że jesteś.. właśnie w takich chwilach jak te wiem, że mogę na tobie polegać i nie masz mnie za co przepraszać, Luc.- Objęła delikatnie moje ramiona i schowała twarz w zgłębieniu mojej szyi. Czułem jej aksamitny oddech na mojej skórze i powolne bicie serca. Odsunęła się ode mnie po kilku minutach biorąc głęboki wdech.  
-Przestańmy już o tym wszystkim myśleć, może już chodźmy co? 
Wstałem, podając jej dłoń. Otrzepałem tył swoich spodni z piachu i przeczesałem swoje włosy. Jestem do kitu, zły przyjaciel, okropny brat i jeszcze morderca. To ostatnie próbowałem wyplenić ze swoich myśli, lecz na marne. Nie zmienię tego, kim jestem. Czy mogłaby być jeszcze gorsza mieszanka? Wątpię. 
Poczułem wibrację telefonu w mojej kieszeni i szybko go wyciągnąłem. Dave. Przez parę sekund waham się czy odebrać. Nie mam zamiaru słuchać jego obelg i bluźnierstw ale decyduje się, przesunąć w prawo zieloną słuchawkę na pulpicie komórki. 
-Gdzie ty do diaska jesteś?!- nie zdążyłem nawet  nic powiedzieć, a ten już z pretensjami. Powoli zaczynam żałować, że nie odrzuciłem połączenia. Spokojnie Lucas, nie daj się sprowokować. Przystanąłem ponownie, na co Melanie nawet nie zwróciła uwagi i dalej szła przed siebie. -Gdzie jesteś do chuja?- warknął.
-Aktualnie w Nowym Jorku- odparłem ze spokojem i wyobraziłem sobie jego minę, po tym jak to usłyszał. 
-Że gdzie? Ty sobie chyba kurwa żarty robisz...
-Nie, jestem całkowicie poważny.
-Wracaj w tej chwili do domu- rozkazał a ja cicho z niego zakpiłem. Nie będzie decydował za mnie co mam robić, jak posiedzi sam w domu lepiej mu to zrobi. Może przemyśli parę spraw. -Jest z tobą Melanie?- zapytał ale już o wiele spokojniej niż dotychczas. 
-Tak- stwierdzam sucho i słyszę ciche bluźnierstwo, opatrzone tonem rezygnacji. 
-Bawcie się dobrze- rozłączył się. Schowałem telefon tam gdzie jego miejsce i biegiem zerwałem się za Melanie, będącej już parę metrów dalej ode mnie. Kiedy dorównałem jej kroku, z trudem zaczerpnąłem powietrza. 
-Kto dzwonił?- zapytała a ja stanąłem przed wyborem powiedzenia prawdy lub jej nagięcia. 
-Nikt ważny, to gdzie idziemy?
-Dave?- popatrzyłem na nią zdziwiony i bezradnie kiwnąłem głową. -Co chciał?
-Nic ważnego, pytał o ciebie- skoro i tak już się domyśliła, to czemu nie miałem jej tego powiedzieć?
-Aha, dobrze wiedzieć- mruknęła i ponownie wyciągnęła z torebki papierosy. 

-Nie wierzę, że mnie na to namówiłeś!- Melanie wykrzyknęła, podnosząc do góry kieliszek teqili i wypijając jego zawartość. Skrzywiła się przymrużając lekko oczy i odgarnęła włosy ze swoich zaróżowionych policzków.- Dave nas jutro zabije- stwierdziła, przysuwając w moją stronę alkohol. 
- Ale to jutro- odkrzyknąłem, próbując zagłuszyć muzykę. Dziewczyna posłała mi lekki uśmiech i stuknęła niecierpliwie palcami o stolik, przy którym siedzieliśmy. Złapałem kieliszek i szybkim ruchem, wlałem w siebie jego zawartość. Brunetka klasnęła w dłonie i lekko podskoczyła na krześle a ja wykręciłem się w niemiłosiernym grymasie. Poczułem jak ciecz pali moje gardło i pomimo, że nie chciałem być gorszy musiałem sięgnąć po szklankę z wodą. Jakoś nigdy mnie nie ciągnęło do tego wszystkiego, to raczej Dave, był zawsze tym rozrywkowym bratem. To jego zapraszali na wszystkie imprezy i to jego uważali za dusze towarzystwa. A ja? Ja byłem tylko nic nie znaczącym Lucasem Black'iem, młodszym bratem, tego zajebistego chłopaka, który mógł mieć każdą dziewczynę w mieście. Więc raz na jakiś czas mogę się rozerwać, nie robię przecież nic złego. 
Dopóki nie wsiadasz pijany do samochodu
Potrząsnąłem głową i szybko chwyciłem po kolejną dawkę alkoholu, wypijając go jednym łykiem. Melanie spojrzała na mnie i posłała mi najbardziej radosny ale też z nutką zdziwienia uśmiech
-Choodź! Idziemy tańczyć!- oznajmiła i pociągnęła mnie za rękę. Pokręciłem niechętnie głową ale wstałem i nim się obejrzałem wylądowałem na parkiecie wśród tych wszystkich pijanych ludzi. Ta, jakbym ja nie był wstawiony. Wyszczerzyłem swoje białe zęby i poruszałem się w rytm muzyki. Poczułem się wolny, bez trosk i zmartwień. Po raz pierwszy od dłuższego czasu, zacząłem się cieszyć życiem. Melanie wyginała swoje ciało we wszystkie strony, frywolnie machając włosami. Widziałem radość w jej oczach, w końcu! 
-Idziesz się napić?- wykrzyczała do mojego ucha na co z entuzjazmem pokiwałem głową. Podeszliśmy do baru, po czym stwierdziłem, że muszę zapalić. Przeprosiłem ją i odszedłem do stolika. Byłem już blisko celu gdy w pewnym momencie poczułem dreszcz, przenikający moje ciało. Dokładnie taki sam jak podczas snu. Zamrugałem nerwowo gdy w moje ramiona wpadła drobna postać. Kiedy trzymałem ją tak blisko siebie na moment zabrakło mi tchu. Cholera, Lucas ogarnij się. Wypuściłem powietrze ale gdy dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na mnie poczułem jak moje nogi uginają się pode mną i tracę grunt pod stopami. Nie mam pojęcia dlaczego tak moje ciało zareagowało na zupełnie obcą mi osobę. Popatrzyłem na nią i z uśmiechem na twarzy przedstawiłem się. Dziewczyna oderwała się ode mnie jak poparzona na co lekko przymrużyłem oczy. Już chciała odwrócić się się na pięcie, gdy złapałem ją lekko za nadgarstek. Boże, poczułem jak cała wewnętrzna strona mojej dłoni zaczyna mnie niemiłosiernie piec.Jakby w całym moim organizmie rozprzestrzenił się ogień, palący, każdy nerw i mięsień. Pomimo bólu nie puściłem jej na co dziewczyna z przerażeniem spojrzała na mnie nadal nic nie mówiąc. Ona jest piękna. Nie mogłem oderwać od niej wzroku i na prawdę nie dochodziło mnie to, że ból zaczął obezwładniać każdą moją cząsteczkę. Ciemne włosy okalały jej delikatną twarz a zielono brązowe oczy zaczęły pochłaniać moją postać. Kiedy puściłem jej dłoń, dziewczyna rozchyliła delikatnie usta i wzięła głęboki wdech taki sam jak ja. Korciło mnie aby spojrzeć na swoją rękę, która piekła mnie niemiłosiernie lecz nie mogłem oderwać wzorku od tajemniczej brunetki. Gdy na nią patrzyłem poczułem spokój i chciałem a nawet pragnąłem poznać ją bliżej. Nie wiem ile czasu staliśmy wpatrując się w siebie ale nawet nie zwróciłem na to uwagi, czułem się tak jakby czas nagle stanął w miejscu i byłem tylko ja i ona. 
-Sophie- mruknęła ledwo słyszalnie i odeszła a ja poczułem ukucie w sercu. Zawód? Rozczarowanie? Sam nie wiem. Nie mogłem pozwolić jej odejść, podążyłem za nią i wyszedłem z clubu. Chłodne powietrze uderzyło mnie w twarz a blask latarni bił po oczach. Rozejrzałem się w poszukiwaniach ale nigdzie nie mogłem jej dojrzeć. Dziwne, bo mógłbym przysiąc, że wyszedłem po niej tylko parę sekund później. Nie było jej tak jakby rozprysła się w powietrze. 
Odeszła, czy jeszcze ją kiedyś zobaczę? Wziąłem głęboki wdech i popatrzyłem z przerażeniem na swoją dłoń. Cała była pokryta bąblami, takimi jak zwykle ukazują się po oparzeniach. Opuściłem ją szybko do dołu, by na to nie patrzeć ponownie zacząłem się rozglądać dookoła.
Nie było jej nigdzie, poczułem kolejne ukucie w sercu i osunąłem się po zimnych murach budynku. 
Dziewczyna o twarzy anioła zniknęła.. 
 
   
Kolejny rozdział za mną, mam nadzieję, że nie jest źle. To do następnego! :)  

wtorek, 20 października 2015

Rodział pierwszy, Sophie More

Nowy Jork, 10.08.2015r

-Wstawaj księżniczko!- ledwo podniosłam powieki do góry a już do moich uszu dotarł dźwięczny głos Willa. Leniwie przewróciłam się na drugi bok ignorując prośbę chłopaka. -Sophie słońce, ruszaj się.
Westchnęłam głęboko i powolutku otworzyłam oczy. Mimowolnie na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech gdy zobaczyłam Williama, leżącego obok mnie.
-Czeeeść - szepnęłam w tym samym czasie ziewając. - Czym zawdzięczam tą poranną wizytę w moim łóżku?- zapytałam zaciekawiona ale również bardzo rozbawiona tym faktem. Blondyn o nieziemsko błękitnych oczach wyszczerzył swoje bialutkie ząbki w szerokim uśmiechu i poruszył obojętnie ramionami. Boże za te gorące 170 centymetrów leżących obok mnie co druga dziewczyna dałaby się pokroić, ale ze mnie szczęściara, nie ma co. Wiliam Johnson jest moim jedynym a co za tym idzie najlepszym przyjacielem. Gdyby nie on, to nie byłabym w tym miejscu w którym teraz jestem, po prostu mówiąc w skrócie: byłabym NIKIM. Potrząsnęłam lekko głową w celu wyrzucenia obrazów sprzed dwóch lat. Blondyn spojrzał na mnie pytająco na co tym razem ja poruszyłam obojętnie ramionami w delikatnym uśmiechu.
-Jesteś gotowa na ciężki okres w swoim życiu?- zapytał, wbijając we mnie wzrok w oczekiwaniu na odpowiedź.
-Czemu zakładasz, że to będzie od razu ciężkie. Przecież to będzie łatwizna. - odparłam ze spokojem, leniwie wyciągając ręce do góry.
Will wstał i udał się do okna by odsłonić firanki. Po chwili promienie słoneczne wdarły się do pokoju, oświetlając całe pomieszczenie. Jęknęłam cicho gdy żar ciepła zaczął ogrzewać moją twarz. Zasłoniłam się poduszką biorąc głęboki wdech.
-Sophie słońce to nie będzie taką łatwizną jak ci się wydaje.
-A to czemu niby?- zapytałam mrugając nerwowo powiekami.
- Nie wszytko zawsze idzie zgodnie z planem, księżniczko poza tym boję się jak to na ciebie wpłynie. Boję się, że to cię zniszczy.- usiadł koło mnie na łóżku i chwycił moją dłoń. Rany, jak ja nienawidzę gdy traktuje mnie jakbym była małym, zranionym dzieckiem. Wiem, że chce dla mnie jak najlepiej, gdyby tak nie było nie zgodził by się na to wszytko ale ta jego troska.. potrafi wkurzyć.
-To przestań się tak o mnie martwić do cholery! - warknęłam i wyrwałam swoją dłoń. Will otworzył już usta by coś powiedzieć gdy mu chamsko w tym przeszkodziłam -Chyba muszę ci przypomnieć, że nie jesteś moim ojcem i nie musisz się tak ciągle o mnie panicznie bać!
-Sophie, posłuchaj...- szepnął  i lekko przysnął swoją twarz do mojej, na co lekko drgnęłam. Oj nie kochany, tak szybko się nie uspokoję.
- Nie to Ty posłuchaj Will.! To jest moje życie! Sama decyduję co chcę zrobić i co uważam za słuszne i nikt ani nic nie powinno mi stanąć na drodze...
-Tak i co dalej, co dalej zrobisz? Nie masz rodziny, nie masz nikogo oprócz mnie...- ostanie zdanie wymówił prawie niesłyszalnym szeptem. Poczułam jak do moich oczu cisną się pojedyncze łzy. On ma rację.
-Dam sobie radę- warknęłam na co blondyn odsunął się i wstał.. -Co nagle chcesz, żebym zrezygnowała? - zapytałam wściekła. Jak on tak może? Wie, że to wszytko jest dla mnie trudne. Nienawidzę siebie za to kim jestem, nie mogę sobie z tym do końca poradzić ale próbuję a kiedy pojawia się iskierka nadziei, że w końcu moje życie wróci do normy on chce to wszytko zniszczyć?
-Tylko żebyś nie żałowała More.
Nie będę żałować, obiecuję.
 -  Pragnę, żeby ten chłopak cierpiał tak jak nigdy w życiu nie cierpiał, chcę żeby stracił wszytko na czym mu zależy, żeby cały jego świat lgnął w gruzach. Tak jak to stało się z moim rozumiesz Will! Musi zapłacić za to co zrobił! -Krzyknęłam a po chwili z moich oczu zaczęły lecieć łzy. - Wspieraj mnie Will proszę cię, tylko na tobie mogę polegać- Po tych słowach kompletnie się rozkleiłam. Policzki mam całe mokre od łez i jedyne o czym marzę to wtulić się w ramiona Willa i z nich nie wychodzić.Chłopak widząc to, ponownie usiadł koło mnie i oplótł kurczowo rękoma. Nasze oddechy współgrały się w jedno i oprócz nich w pokoju panowała absolutna cisza..
 -Ojeju jak słodki widoczek, tak słodki, że aż mnie na wymioty bierze.-podniosłam gwałtownie głowę do góry i ujrzałam nikogo innego jak Rayan'a Lee opierającego się o framugę drzwi.
-Wal się Rayan- Will syknął przez zaciśnięte zęby po czym uwolnił mnie z uścisku. Otarłam policzki mokre od łez wierzchem dłoni i wbiłam wzrok w bruneta, który trwał w tej samej pozycji od zapewne już kilku minut.
-Nie mam z kim, chyba że się do was przyłącze co? Stworzymy cuudowny trójkąt- posłał nam lekko drwiący uśmiech i podniósł brwi do góry. Blondyn mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i głęboko westchnął.
-Czego chcesz?- podniosłam się z łóżka i podeszłam bliżej chłopaka, zakładając ręce na piersi. Booże jak ja go nienawidzę! Rayan posłał mi delikatny uśmieszek i przeczesał dłonią włosy, które opadły mu na czoło.
- Niczego, oprócz patrzenia na ten wasz piękny układ.- popatrzyłam na niego zdziwiona i odwróciłam się w stronę Willa który nawet na mnie nie spojrzał. Ponownie wbiłam wzrok w Rayn'a, który teraz przybrał tą samą postawę co ja i potrząsnął głową w szerokim uśmiechu. Kompletnie go nie rozumiem, o co mu do cholery chodzi. - No przecież widać, że blondasek na ciebie leci a ty udajesz jego wielką przyjaciółeczkę, żeby tylko ci pomagał. A biedny Will'uś leci za tobą jak piesek. - Lee klasnął zadowolony dłońmi a ja poczułam jak znowu się we mnie wszytko gotuje. Przysięgam, że gdyby nie Will, który przytrzymał mnie w odpowiednim momencie wydarłabym mu te jego przebrzydłe kłaki z tego jego zakutego łba. - Maleńka, nie denerwuj się tak, bo się jeszcze spocisz.- wybełkotał przez śmiech. Poczułam jak uścisk Johnson'a stawał się coraz bardziej mocniejszy, powoli zaczęło brakować mi tchu. Wdech i wydech, wdech i wydech, More uspokój się. - Wynoś się stąd Rayan!- Wydarłam się na ile było mnie stać i przymknęłam na moment powieki. Gdy je podniosłam, stał cały czas przede mną z tym głupkowatym wyrazem twarzy. -Dupek!
- Bywałem nazywany gorzej- odparł.- Słuchaj maleńka jestem tutaj z wami bo nie miałem wyboru, gdyby nie Javier nie byłoby mnie tu, więc załatwmy tą akcję najszybciej jak się da, każde z nas się rozejdzie w swoją stronę ale do tego czasu pozwólcie mi się napawać tym wspaniałym widoczkiem. Całuski!- udał, że całuje mnie w policzek i wyszedł zadowolony podśpiewując sobie coś pod nosem.
- Puść mnie Will- szepnęłam i gdy to zrobił podeszłam do drzwi, żeby je zamknąć. - Nienawidzę go.
- Wiem Sophie, tez za nim nie przepadam ale wiesz, że bez niego nie dalibyśmy sobie rady.
Przewróciłam oczami, ale wiem, że to prawda. Będzie ciężko wytrzymać jego towarzystwo, ale jestem pewna, że dam radę. Nie poddam się, nie teraz kiedy cel jest tak już blisko mnie.
- A To co mówił Rayan, z tym, że na ciebie lecę... nie słuchaj go. - Will spuścił wzrok i zauważyłam jak na jego nieskazitelnie blade policzki, wpełzł rumieniec. Uśmiechnęłam się sama do siebie i po chwili pokiwałam głową. Wiem, że on coś do mnie czuje ale wiem też, że ja na niego nie zasługuję. Nie w taki sposób jaki on by chciał. Will jest cudownym przyjacielem, na prawdę i niesamowicie jestem dumna z tego, że mam go przy sobie ale on jest wart kogoś lepszego.
Podeszłam do niego i przytuliłam, na co on odwzajemnił uścisk. Poczułam jak się uśmiecha więc szybko podniosłam głowę i spojrzałam na niego. Z jego oczu bije niesamowita czystość i radość, pomimo tego co przeżył, podziwiam go.
-Ogarnij się, pójdziemy gdzieś- blondyn uwolnił mnie z uścisku i powolnym krokiem udał się do wyjścia.Gdy byłam już w pokoju całkiem sama, popędziłam do łazienki.
Stojąc przed lustrem uświadomiłam sobie, że już nawet wyglądem nie przypominam Sophie More. Kiedyś ciemne, sięgające poza ramiona włosy, teraz- wypłowiałe, bez blasku, ledwo dotykające ramion. A o twarzy to już nie chcę nawet wspominać, każde spojrzenie na swoje odbicie jest dla mnie bolesne. Ukazuje mi moją porażkę i choć nie wiem jak bardzo, będę się starać już nigdy nie będę sobą, nigdy. Kiedy tylko sobie przypomnę błękit oczu Williama reprezentujący czystość od razu widzę swoje- zszarzałe, bez wyrazu bijące ciemnością. Dotknęłam delikatnie mojego bladego policzka, po czym z obrzydzeniem oderwałam dłoń. Brzydzę się sobą, brzydzę się tego kim jestem. Wzięłam głęboki wdech i przymknęłam powieki, próbując się uspokoić. Spokojnie Sophie, powrócisz, niedługo to wszytko ulegnie zmianie. Na samą myśl poczułam jak na moje usta ciśnie się uśmiech, po raz pierwszy od dłuższego czasu niewymuszony i szczery. Otworzyłam oczy i na prawdę uwierzyłam, że to wszytko będzie początkiem mojego starego-nowego życia.

-Wil! Wyłaź! Ja już gotowa! - Krzyknęłam radośnie pod drzwiami do jego pokoju. Pomimo nieprzyjemnego poranka, teraz na prawdę czuję się inaczej. Wszystkie złe emocje, które trzymałam w sobie jeszcze godzinę temu ustąpiły miejsce zadowoleniu i lekkiemu podekscytowaniu. 
Niecierpliwie tupałam nogą w oczekiwaniu za Williamem, gdy do moich uszu dotarł irytujący głos Rayan'a.
- O proszę, gołąbeczki na randkę idą?
Stanął naprzeciw mnie z tym samym drwiącym uśmieszkiem jak dziś rano. Westchnęłam głęboko i również posłałam mu najbardziej fałszywy uśmiech na jaki było mnie stać. Oj nie, nie dasz rady mnie wytrącić z równowagi. Nie tym razem Lee.
- A co chcesz się przyłączyć?- zapytałam opierając się o ścianę w przedpokoju. Brunet tylko beztrosko się roześmiał i kiwnął przecząco głową.
-Mam lepsze zajęcia maleńka, umówiłem się.- ostatnie dwa słowa wypowiedział pewnym tonem co chyba miało we mnie wzbudzić.. no nie wiem.. zazdrość?
- Kim jest ta biedaczka?
- A co cię to interesuje?
- Wiesz chciałabym wiedzieć, jak nazywa się kolejna ofiara mojego współlokatora. - odparłam ze spokojem, spoglądając na zegarek wiszący na ścianie. Kiedy ten Will, z stamtąd wyjdzie do licha.
- Sophie nie przesadzaj - podszedł do mnie bliżej a ja nawet się nie poruszyłam. Jak już mówiłam, nie tym razem Rayan. Stał tak blisko mnie, że z łatwością wyczuwałam jego  miętowy oddech na mojej twarzy.
- Masz rację Lee, zabijanie niewinnych dziewczyn to nic takiego, nieprawdaż?- zapytałam i odepchnęłam go od siebie. Brunet lekko się zachwiał i syknął coś niezrozumiałego pod nosem. 1:0 dla More!
- Po prostu korzystam z priorytetów jakimi obdarował mnie los. Polecam tobie i blondaskowi, przyda wam się trochę rozrywki.
- O co ci znowu chodzi Rayan?
Will stanął za nim i przyglądał mu się z uwagą. Włożył ręce w przednie kieszeni swoich czarnych, dopasowanych spodni w oczekiwaniu na odpowiedź.
-O nic, po prostu radzę twojej laluni, żeby w końcu przestała udawać, że jest człowiekiem.
Wiedział, że mnie to zaboli, chciał mnie sprowokować. Toczę walkę z każdą cząsteczką w moim ciele, która aż rwie się do tego by mu porządnie przyłożyć. Normalnie albo teraz zalałabym się łzami lub zaczęła naparzać w tą jego ( jak sądzi) piękną buźkę. Ale nie teraz, nie dzisiaj. Oaza spokoju Sophie pamiętaj. Mrugnęłam kilka razy i uśmiechnęłam się. Rayan nieco zdekoncentrowany, odwrócił się w stronę Willa który stał niewzruszenie nadal wpatrując się w jego osobę. 
-Skończyłeś?- zapytałam z niesamowitym spokojem w głosie, co samą mnie zdziwiło i podeszłam do blondyna łapiąc go za rękę w celu wyjścia. Kiedy odchodziliśmy Lee coś mamrotał pod nosem ale tak szczerze nawet nie zwróciłam uwagi co.
- Jestem pod wrażeniem, More- Jonson popatrzył na mnie pełnym podziwu spojrzeniem na co posłałam mu szeroki uśmiech.
- Uwierz mi, że ja też.- zaśmiałam się lekko i poprawiłam kilka kosmyków, które zaczęły kurczowo oplatać moją twarz.
-  Lubię cię taką
- Jaką?- zapytałam i przystanęłam na moment.
- Taką radosną, uśmiechniętą
- Już niedługo zawsze taka będę- odparłam i ruszyłam dalej. Mam nadzieję, że wszytko pójdzie zgodnie z planem i to wszytko się spełni. 


- William, mogę cię o coś zapytać?- mruknęłam, zwracając się do mojego przyjaciela, Niebieskooki spojrzał na mnie zaciekawiony i kiwnięciem głowy przyzwolił abym dalej mówiła. -Nie żałujesz, że nie spróbowałeś tego wszystkiego cofnąć?
Will nerwowo zamrugał powiekami i zapiął swoją szarą bluzę po czym odwrócił lekko głowę w moją stronę. Wiatr delikatnie rozwiewał jego i tak zmierzwione już do granic możliwości włosy a słońce delikatnie rozświetlało jego twarz. Kiedy czekałam na odpowiedź napawałam się przepięknym widokiem przede mną. Panorama Nowego Jorku rozciągała się przed moimi oczyma. Wielkie budynki widziane z chodnika teraz były prawie na wyciągniecie mojej ręki. Ludzie widziani z dachu są tacy malutcy, tacy szarzy, kompletnie bez wyrazu. Dokładnie tak jak ja.. Tylko ci ludzie, mają rodziny, mają do kogo wrócić.. ja mam tylko Willa. Oni są mali tylko przez chwilę, ja mogę być taka już do końca, jeśli się poddam. 
-Próbowałem Sophie- Cichy głos chłopaka wyrwał mnie z zamyśleń i otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia.
-Co?
- Próbowałem, chciałem tego dokładnie tak samo jak ty teraz. Ale nie dałem rady, poddałem się na samym końcu walki o to wszytko. Dlatego boję się o ciebie. Boję się, że ty też nie dasz rady, że wymiękniesz a potem to cię zniszczy. - Milczę, nic nie mówię. Nie mogę w to uwierzyć. -A wiedz że, będzie cię to niszczyć kawałek po kawałku, dzień po dniu aż albo ze sobą skończysz albo pogodzisz się z tym czym jesteś. A nie chcę cię stracić Soph. 
Zauważyłam jak pojedyncza łza spłynęła po jego policzku. Głos uwiązł mi w gardle, nie wiem co powiedzieć, łapię go za rękę i biorę głęboki wdech. 
-Nie poddam się Will, na pewno tego nie zrobię. 
-Też tak mówiłem, byłem zdeterminowany do działania tak samo jak ty i zobacz jak wyszło. 
-Żałujesz?
-Nie, bo po czasie zrozumiałem, że nie mogę walczyć z tym czym jestem, trzeba to zaakceptować-Posłał mi pokrzepiający uśmiech, choć widziałam, że go to boli. -Oddałbym wszytko, abyś nie musiała przeżywać tego wszystkiego co ja przez ostatnie 10 lat.
Nie mogę już go męczyć, choć mam do niego jeszcze tyle pytań nie chcę, żeby o tym opowiadał. Przybliżyłam się do niego, lekko wtulając w jego ramiona. Słońce zaczęło schodzić z horyzontu a letni, ciepły wiatr przemienił się w chłodny i nieprzyjemny. Kiedy oparłam głowę o tors Will'a czekałam na odgłos bicia jego serca, niestety na marne. Cisza, cholerna cisza przypominająca po raz kolejny, że nie jesteśmy ludźmi. Rayan miał pieprzoną rację, muszę w końcu przestać udawać, że jestem człowiekiem. 
-Chodźmy z stąd.-oznajmiłam po czym szybkim ruchem wstałam i podałam dłoń niebieskookiemu. Popatrzył na mnie z zapytaniem w oczach na co tylko delikatnie się uśmiechnęłam i pociągnęłam go w stronę drzwi. Kiedy już byliśmy na dole nie znałam dokładnego celu gdzie pójdziemy ale byłam pewna, że nie chcę już się zamartwiać tym wszystkim. Pragnę się odprężyć, zrelaksować i zaszaleć. Tak, ja Sophie More chce w końcu zaszaleć.
-Możesz mi powiedzieć gdzie idziemy?
-Do baru, Johnson, do baru- stwierdziłam i zaczęłam iść przed siebie. Mrok powoli spowijał ruchliwe ulice Nowego Jorku a ja z uśmiechem na twarzy mijałam oświetlone budynki.
- Zaskakujesz mnie dziś coraz bardziej!
-Ja siebie także.


-Chcesz kolejnego drinka?- zaproponował William, kiedy z wilczym apetytem wykańczałam whiskey z colą. Pokiwałam twierdząco głową i delikatnie się uśmiechnęłam. Nie wiem dokładnie ile wypiłam, ale najwidoczniej za mało bo nadal jestem trzeźwa a raczej tak mi się zdaje. Wstałam od stolika i momentalnie zakręciło mi się w głowie,. Dobra chyba jednak przeceniłam swoje siły i tak jak szybko wstałam, tak szybko ponownie usiadłam na krześle. Kiedy Will wrócił z kolejną porcją alkoholu dla naszej dwójki, miał dziwny błysk w oku.
-Co ty taki rozpromieniony?- zapytałam pociągając łyk trunku.
-Ja? Nie, wydaje ci się- wykręca się. Boże wiem! Poznał kogoś, na pewno.
-Will, mów jak ma na imię ta szczęściara- stwierdzam sucho i przewiercam go wzrokiem. Chłopak spuszcza na moment wzrok a na jego policzki znów wpełza rumieniec zupełnie jak dzisiaj rano. Boże jaki on jest niewinny i skryty, nie mogę uwierzyć, że pomimo tego czym jest, jest taki prawdziwy i dobry. -Mów, mnie nie oszukasz.
-Nie wiem, nie gadałem z nią jeszcze. Stoi przy barze ale nie odwracaj się. -No jasne Sophie nie odwracaj się! To oczywiste, ze jak ktoś zakazuje ci coś robić to, to zrobisz. -Mówiłem, żebyś się nie odwracała!- warknął na co machnęłam ramionami w przepraszającym geście. 
-Ładna, na prawdę ładna. - Stwierdzam to po kilku sekundowych oględzinach. Szczupła, wysoka, dobrze ubrana brunetka.- Pasowalibyście do siebie. -Will pokręcił przecząco głową na co lekko prychnęłam.- No idź do niej!
-Nie Sophie- oznajmił krótko. Dobrze William skoro nie chcesz wziąć tego w swoje ręce ja to zrobię. Wstałam i szybkim krokiem podążyłam w stronę baru nie zwracając uwagi na błagalne krzyki przyjaciela. Kiedy byłam już prawie u celu, moje nogi odmówiły posłuszeństwa i poleciłam prosto przed siebie lodując w ramionach jakiegoś faceta. Do moich nozdrzy dotarł zapach męskich perfum połączonych z dymem nikotynowym. Nie wiem czemu ale spodobała mi się ta woń, zatopiłam na moment nos w jego torsie i momentalnie poczułam jak przez całe moje ciało przebiega niewytłumaczalny dreszcz a oddech więźnie mi w gardle. Podnoszę głowę do góry i nie mogę uwierzyć, to nie może być prawda.
-No cześć, jestem Lucas..
Boże...

W końcu udało mi się coś napisać, nie jestem z tego wielce dumna ale może przypadnie Wam do gustu.:)